Menu

suri & soczek & dżemor

pedobearSiunia|crazymixSoczi|aussomeDżemek czyli miejska dżungla, wiejskie błoto i latające dyski

Z psem do Rumunii?

szaklyk

Zaliczyliśmy ostatnio wycieczkę objazdową po Rumunii z przystankiem w Mołdawii na wystawę. 

IMG_46541

Szczerze mówiąc- koszmarnie się tego obawiałam. Tamte rejony są owiane bardzo złą sławą. 'Nie zostawiajcie samochodu z bagażami ani na chwilę bez nadzoru!', 'Przygotujcie cukierki dla dzieci, inaczej rzucają w auto kamieniami', 'Wszędzie dzikie, agresywne psy', 'Jeżdżą bez świateł, drogi fatalne, a wszędzie nieoświetlone furmanki'. Być może to kwestia totalnego niesezonu turystycznego, ale w Rumunii nie mieliśmy praktycznie ani jednej przykrej przygody. Dzieci po drodze null, krówki musieliśmy zjeść sami. Nikt też nie próbował nas zbajerować ani okraść. Drogi nie takie złe, no może tylko Mołdawia i kilkaset romańskich kilometrów od jej granicy nieszczególnie sympatyczna. W biedniejszej części kraju rzeczywiście sporo furmanek, nawet w połowie grudnia. Większość jednak miała przynajmniej odblaski. Dla mnie problemem, zwłaszcza jak człowiek zmęczony jedzie ciemną drogą we mgle tudzież śniegu, to brak chodników, czyli piesi na ulicy (bo poboczy też niezbyt wiele), przeważnie nieoznakowani żadnym światełkiem. Więc samo prowadzenie przez wioski i kręte dziurawe drogi okołograniczne jest zwyczajnie koszmarnie męczące. 

IMG_46571

Ale o samej podróży okiem spasiałości. W Rumunii posiadanie pieska domowego wyniunianego nie jest zdecydowanie tak popularne jak u nas. Zatrzymywaliśmy się po drodze w dwóch większych miastach. Pierwsze to Kluj-Napoca, gdzie spędziliśmy dwie noce i dzień pomiędzy. Miasto duże, piękne chociaż biedne, ale już aspirujące charakterem do znanych nam miast europejskich. Śliczne fasady i gruz za bramami. Widziałam tam w sumie 3 psy na spacerach. I żadnych bezdomniaków. Ludzie ewidentnie nie są przyzwyczajeni do widoku pieska w szeleczkach szlajającego się z ludźmi po mieście, większość raczej omijała go z pewnym przestrachem (ach to urocze spojrzenie demonicznych niebieskich oczu), w niektórych wzbudzał też oczywiście miłość, ale była to zdecydowana mniejszość. Niemniej nie mieliśmy ŻADNEGO problemu ani z noclegiem (airbnb), ani z wchodzeniem do knajp. Śniadanie zjedliśmy w kawiarni w stylu starbucks-na-biednie, na obiad wskoczyliśmy do burgerowni, popołudniową kawę i grzańca zapewnił nam lokal okupowany przez klużowską śmietankę towarzyską, do którego musiałam wejść, bo dumnie nosił nazwę nazwiska mojego ukochanego artysty.

IMG_46531

Wieczór spędziliśmy w ajrisz pabie pijąc pyszne piwko, a przed jego odwiedzeniem obżerałam się jeszcze churrosami w małej czurosowni typu take&go. Za każdym razem obsługa była nieco zszokowana zapytaniem o możliwość wejścia z psem, ale chyba nasz status turystów sprawiał, że wszyscy po kolei zapraszali nas do środka. W dwóch miejscach zostaliśmy poproszeni na wejściu, żeby pies był grzeczny i nie zaczepiał innych klientów (hehe, cały dżem). Był to Toulouse i Irish Pub. W tym drugim spędziliśmy kilka godzin, a już po pół pierwszej pies dostał miskę z wodą, miziaczki i buziaczki, gdyż świat zobaczył, że on naprawdę jest grzeczny. Poczułam się trochę jak na misji ukazania tamtym stronom, że pies w mieście jest spoko, i wyszło nam to całkiem zgrabnie muszę rzec.

IMG_46821

Kolejnym przystankiem był zamek (Draculi oczywiście). Vlad Palownik przywitał nas 1500 stopniami pod górę i stadkiem bezdomnych psów. Dołączały do nas stopniowo, co na początku zmroziło mi krew w żyłach, bo o ile do ludzi milutkie bo przecież turysta=kanapka, o tyle do psa? Na smyczy? Samca z jajkami? Moje przerażenie szybko zniknęło, bo, muszę Wam powiedzieć, to najbardziej stabilne psy jakie poznałam w swoim życiu. Życzyłabym sobie takich w miejskich parkach i na zawodach, i w hodowlach, serio serio. Idealnie dogadały się z pjesdżem, który sam też jest fantastyczny w kwestii stabilnych i grzecznych kontaktów z innymi burasami. W całym tym stadku, liczącym ostatecznie 7 sztuk, był zdecydowany samiec alfa w typie romanesci, duży i ustawiający resztę jednym spojrzeniem. Był krótkołapy uroczy chłopak, był strudzony życiem i poharatany misiek, cudowna i wesoła muppetowa suczka, dwa 'wilczki' ze swym potomkiem (prawdopodobnie jedynym, który przeżył w tych warunkach, na oko 3 miesięcznym bąbelkiem). Część z nich od razu cieszyła się do człowieka, kilka musiało się przekonać że jesteśmy fajni, szczenię jak przestało się bać nas i Dżema przyszło się tulić. Moje serce naprawdę skręcało się we wszystkie strony. Te psy były bardzo, bardzo kochane. Weszliśmy razem na sam szczyt góry, a potem jeszcze zaliczyliśmy spacer nad strumieniem. Na koniec za pozwoleniem Dżema sypnęłam im chrupków i pojechaliśmy na kolejny zamek (też oczywiście Draculi), po drodze jedząc w okolicznej knajpie przepyszny obiad (najedliśmy się i my i pies!).

IMG_46841

Do Bran dojechaliśmy 40 minut przed zamknięciem dla zwiedzających, Paweł więc pognał zwiedzać, a ja przeszłam się po mieścinie spacerkiem. Wyhaczył nas szybko bezdomniak, kolejny w typie romanesci, który trochę nastawał na godność Dżema i jak przeszedł za nami w tę i z powrotem ciągle próbując sprowokować łaciatego, to grzecznie mu powiedziałam, żeby jednak sobie poszedł. Co też uczynił. Weszliśmy do kawiarni na naleśnika, kolejny raz nie mając problemu z psem, i ruszyliśmy do kolejnego zamku (zgadnijcie czyjego). Ten okazał się bardziej pałacem, był już oczywiście zamknięty, ale można było pospacerować i podziwiać, wokół park, wszystko oświetlone, a knajpa z grzańcem czekała właśnie na nas. Naklejka 'pet friendly' zapraszała pana psa, chociaż do jego dyspozycji okazał się być tylko parter (bardzo zrozumiałe, gdyż piętro na bogato udekorowane dywanami). Na wyjściu z pałacowej posesji spotkaliśmy pierwszego agresywnego psa, wypuszczonego ze stróżówki, który bez żadnego ostrzeżenia rzucił się Dżemowi do gardła. Szybko więc go spacyfikowałam i już bezpiecznie wsiedliśmy do auta.

IMG_46511Około 20 dotarliśmy do naszego hotelu w pół drogi, gdzieś w małym miasteczku w górach. Hotel był szczerze obrzydliwy, przywitała nas ściana dymu w recepcji (oczywiście zakaz palenia wisiał przy samych drzwiach, a jakże). Pokój okazał się również popielniczkowaty jak recepcja, poprosiliśmy więc o podmianę i dostaliśmy nieco sympatyczniej waniający. Żadnych dopłat za psa. Sklep z winem 3 minuty spacerem od hotelu, tylko jeden bezdomny pies po drodze, jest sukces. Przeżyliśmy jakoś dzięki zacnym trunkom tę noc i ruszyliśmy do Braszowa, drugiego największego po Bukareszcie uniwersyteckiego miasta Rumunii. Tam mieliśmy wynajęte, jak się okazało, całe cudowne mieszkanko w samym sercu miasta.

IMG_46881

Obejrzeliśmy niewielki rynek i skończyliśmy w typowo studenckiej, hipsterskiej klubokawiarni. Pies był bardzo mile widziany, dostawał smakołyczki, porozmawiałam sobie z dwoma chłopakami nt. życia z psem w ich kraju, opowiadali mi o swoich zwierzakach i w ogóle to psy łączą ludzi all over the world ;) Wróciliśmy tam rano po obejrzeniu Czarnego Kościoła, wrzuciliśmy w siebie śniadanie z pyszną kawą, potem czekaliśmy 40 minut aż pan z opla się ocknie i zauważy, że zastawił właśnie nasz samochód nie zostawiając żadnej kartki z numerem ani adresem, tylko postojowe, jakoby miał za chwilkę wrócić. I zaczęła się nasza podróż do destynacji ostatecznej, czyli mołdawskiego Kiszyniowa. Po przedarciu się przez granicę, następnie przez śnieżycę, dotarliśmy na miejsce. Duże miasto, bardzo biedne miasto, trafiliśmy w najlepszą możliwą dzielnicę- ambasadorską. Niestety na miejscu okazało się, że nie wolno ufać filtrom na portalach- pet allowed było zdecydowanym nadużyciem w tym przypadku. Wynajmowaliśmy studio, całe piętro w domu. Landlord przyjechał dać nam klucze i był mocno zniesmaczonym sabaczką. Ale obejrzał, sprawdził czy leci z niego futro, potem obwąchał swoją rękę, czy od sabaki nie śmierdzi, na koniec jeszcze przejrzał, czy nie zapchlony. Ostatecznie stwierdził, że lepsze dwa polaki z jedną sabaką, niż 3 ukraińce z 8 przecież. Zostawił nam, poza kluczami i hasłem do wifi, również wódeczkę z sokiem pomidorowym (taka gościna!) i dzbanek wina prosto z, no właśnie nie wiem skąd, ale było zacne. Mieszkanko bardzo na bogato, na bogato po mołdawsku- cztery różne dywany, fotele-kwiaty, podwójne materace, przeszklone drzwi do łazienki (tylko trochę do połowy wybita ta szyba). Szybko okazało się, że spacery z psem są tutaj niemożliwe, nawet tuż za bramą w najlepszej, najbezpieczniejszej lokalizacji miasta- już za progiem obszczekały nas dwa bezdomniaki, przegoniłam je swym tupnięciem 20m dalej, Dżem z popłochu załatwił co trzeba i uciekliśmy z powrotem na posesję. 

IMG_47091

Sama wystawa to historia na oddzielny rozdział. Słoma, disco polo, przaśność i sikające psy. Ale ostatecznie było warto i było sympatycznie. 

Do domu wracaliśmy w sobotę po ocenie. Chcieliśmy zaliczyć następnego dnia jeszcze Budapeszt, ale załatwienie noclegu na ostatnią chwilę bez stałego dostępu do internetów okazało się niemożliwością, i to, co znaleźliśmy w piątek wieczorem, zostało odwołane dnia następnego. Dotarliśmy do noclegu o 2.30 w nocy, będę go więc polecać wszem i wobec- Pensiunea Iona
Strada Universitatii, Nr. 50, 430333 Baia Mare- właściciel nas wpuścił, pomógł targać bagaże, a rano dostaliśmy pyszne śniadanie. Oczywiście znowu zadnych dopłat za psa, powiem więcej- na miejscu stacjonował kot i pudelek ;)

Na granicy Rumunia-Węgry pies dostał w nagrodę za dzielne podróżowanie sesję frizbi zbierając oklaski stojących w kolejce pasażerów, na Słowacji zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach z nadzieją na obiad, ale psa nie wpuszczono nigdzie, więc dotrwaliśmy do pierwszego Polskiego maka i wróciliśmy do domu. 

Tak więc Rumunię polecamy, Mołdawię nieco mniej ;) 

 IMG_4659

 

© suri & soczek & dżemor
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci