Menu

suri & soczek & dżemor

pedobearSiunia|crazymixSoczi|aussomeDżemek czyli miejska dżungla, wiejskie błoto i latające dyski

balans, złoty środek, czyli rzecz o równowadze we współpracy

szaklyk

Sprzedam Wam swoje przemyślenia na temat tego, że moim zdaniem zawsze we współpracy z naszym psem najistotniejszą sprawą jest odnalezienie idealnej równowagi pomiędzy presją, którą na niego nakładamy, a wsparciem i motywacją, które mu dajemy. Jest to temat, który dotyka naprawdę każdej roboty za jaką się wspólnie weźmiemy (no może flyball jest najbardziej 'nierówny' pod tym względem, bo z tego co się orientuję, unika się w nim jakichkolwiek korekt, ale choćby delikatna presja i tak jest nieunikniona przy jakimkolwiek zadaniu).

Z każdym kolejnym psem granica jest zupełnie gdzie indziej, każdego musimy poznać i wyczuć, a nawet jeśli zrobimy to już w jednej dziedzinie, to próbując kolejnych przesunie się ona o miliardy kilometrów ;) Dla mnie zdecydowanie najtrudniejsze pod tym względem jest pasienie, i to ono mi pokazuje jaka daleka jeszcze droga do pełnego porozumienia między mną i Dżemem. W sporcie jest dużo łatwiej, bo nie mamy trzeciego 'żywego elementu'. Na frisbee szybko wyczułam, kiedy mam go wesprzeć i rozbujać, kiedy uspokoić a kiedy powiedzieć, że to, co właśnie zrobił, było dalekie od okej. Ale im trudniejszych rzeczy próbujemy, im bardziej staramy się rozwijać, tym czujniejsza muszę być przy utrzymywaniu równowagi emocjonalnej naszej współpracy. To jest bardzo niesamowita kwestia, naprawdę. Zwłaszcza że pracuję teraz z psem niesamowicie wysoko zmotywowanym, ale jednocześnie bardzo czułym na moje reakcje. Jest doskonałym nauczycielem emocji w treningu. Jeszcze trudniej robi się na obi, które nie jara go aż tak okrutnie jak dekle. Tutaj potrzeba jeszcze więcej sukcesów w jego wykonaniu, jeszcze mniejszych kroczków i naprawdę sporadycznych i bardzo przemyślanych korekt.

A owce... Uch. Od samego początku, czyli 1.5 roku, próbuję się nauczyć jak pracować z moim psem, na co mu pozwolić, czego zabronić, jak i kiedy reagować... To jest pies, który ma ogromnie dużo fantastycznych cech w pakiecie- czuje stado bardzo zacnie, dokładnie wie gdzie i kiedy ma się znaleźć, w zależności od sytuacji i reakcji stada potrafi naturalnie utrzymać odpowiedni dystans. Ale zupełnie zielony przewodnik który panicznie obawia się, że piesek się rozbisurmani i zacznie zagryzać nie pomaga temu piesku ani troszkę. Problemem największym był chyba fakt, że nie bardzo mieliśmy jakiegokolwiek trenera do dyspozycji, który pokazałby nam jak zacząć. Każdy miał swoją wizję, nikt też do tej pory nie miał do czynienia z takim dziwnym stworzeniem jak psy z  Hangin Tree, czyli coś pomiędzy typowym TSem a borderem w swoim stylu pracy. Na dodatek z jednej strony twardy i samodzielny, a z drugiej bardzo emocjonalny w stosunku do przewodnika. I te właśnie owce uczą mnie najwięcej o moim psie i naszych relacjach. Był okres, że wszystko było cicho, spokojnie i przyjemnie, ale brak jakiejkolwiek presji sprawił, że potem jej wprowadzenie w celu pójścia o krok dalej spowodowało, że pies zaczął działać na własną łapę. To z kolei sprawiło, że ja zaczęłam się denerwować i wtedy nadeszła era walki. Ja krzyczałam, walczyłam, a pies robił uniki, frustrował się i trudno się dziwić, że z radością przyjmowałam sezon letni, w którym to frizbi przejmowało prowadzenie i o owieczkach się zapominało. Ale nie chciałam odpuścić, bo rzeczywiście każdy doświadczony trener mówił mi, że mam genialnego psa i szkoda to zmarnować. Więc robiliśmy sobie tę wzajemną krzywdę szukając drogi do porozumienia i zaufania. A przełom zaczął się chyba na majówce, gdzie na czeskim seminarium pies dostał bardzo dużo presji, ale idealnie wycelowanej. To go trochę ostudziło i włączyło na powrót szacunek do przewodnika. Potem na seminarium z Tanyą nasłuchaliśmy się o tym, żeby szanować naszego psa i uczyć go, że ma swoje zadanie, ale musi być przy tym mądrym i spokojnym pieskiem. I tak oto powoli zaczęła kiełkować nadzieja na odnalezienie tej upragnionej równowagi. Sęk w tym, że to wciąż JA byłam problemem swojego psa. Przekonałam się o tym dobitnie na treningu, kiedy to w bardzo trudnej dla niego sytuacji zamiast go wesprzeć, nakładałam coraz większą presję żeby robił to, co mu każę (tak, przemyślnie użyłam tego określenia rozkazu, dalekie to było od współpracy...). I wtedy to po raz pierwszy w naszej karierze musiałam go prosić, żeby wrócił do roboty, bo zwyczajnie sytuacja go przerosła. Zapłakałam wtedy rzewnie i kopnęłam się we własną wątrobę, zwijając się w swej głowie z powodu bólu istnienia. I wtedy pojawiła się Karolina, która nauczona szelciakami daleka jest od krzyczenia, tupania i rzucania w psa butelką, stawiając na znacznie bardziej pokojowe rozwiązania. Pokazała mi, gdzie robię błąd i jak należy pracować z moim psem. I naładowana tą pozytywną myślą pofrunęłam dziś na trening. I był on TYM właśnie. Kiedy pies pokazywał, że sytuacja jest dla niego trudna- dostawał moje wsparcie. Kiedy chciał cfaniaczkować, dostawał szybką i jednorazową korektę, a jednocześnie jak tylko widziałam, że przesadzam z presją i pies zaczyna się frustrować grzecznie zmieniałam sytuację. W końcu zaczęłam pomagać mu swoim ciałem. I taka oto magia spłynęła z niebios, że pies przestał kosić flanki. Że zaczął bardzo pięknie reagować na komendy. Że coraz rzadziej ma potrzebę gripowania owiec. Że zatrzymuje się na outrunie w wybranym przeze mnie momencie i potrafi spokojnie, powoli walkwalk'ować w moim kierunku. Takie cuda! Nic to odkrywczego dla świata, a jednak potrzebowałam miliona przykrych treningów wypełnionych obustronną frustracją żeby nareszcie to zrozumieć. Im więcej wsparcia i zaufania, im mniej niepotrzebnej presji, im bardziej konkretne korekty, tym lepsze porozumienie. Ach ach jaki to był dobry trening! <3

© suri & soczek & dżemor
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci